piątek, 27 lipca 2012
Rozdział VIII
No to teraz opko. napisałam je bez weny. Opuściła mnie i nie chce wrócić... bu. :< Fakt faktem pomysłów na dalsze przygody mam duuuużo, ale żeby je skleić potrzeba trochę czasu.
Rozdział VIII pisany specjalnie dla Klio <3 masz doczekałaś się. Przepraszam, że taki krótki ^^
***
Narracja pierwszoosobowa ( Toshiro )
***
2 tygodnie wolnego dobiegały powoli końca. Podczas nich ja z Eiji'm bawiliśmy się wyśmienicie. Z dnia na dzień poznawałem go coraz lepiej. Naprawdę się zmienił. Jest bardziej otwarty na ludzkie problemy, zachowania, dostrzega piękno wszystkiego co go otacza. Jednego dnia nawet zaczął filozofować na temat zwyczajnej, drewnianej łyżki. Czyżby ta samotność, aż tak bardzo odbiła się na jego duszy?
- Juhu...Toshiro, czy ty mnie w ogóle słuchasz? - z zamyślenia wyrwał mnie podniesiony już głos chłopaka.
- Y, y...tak, tak...przepraszam, mógłbyś powtórzyć? - podrapałem się w tył głowy. Było mi głupio.
- Mówiłem, że trzeba by się przejść kupić coś do jedzenia. Lodówka świeci pustkami...Wiesz...czasem mam wrażenie, że mnie olewasz...
- Ależ skąd! Eiji co ty...
- Dobra, dobra chodź, idziemy - blondyn zaczął podążać w stronę drzwi.
- Em...Eiji?
- Tak?
- Masz zamiar wyjść tak z domu?
- Ale, że jak? - nie rozumiał.
- A to? - wskazałem na jego dolne części ciała. Stał w szarej koszulce z żółtym napisem 'Bitch please I'm fabulous', którą jak mi mówił dostał od byłej 'przyjaciółki' i w czarnych bokserkach, które nie powiem...świetnie leżały na jego pośladkach.
Boże o czym ty myślisz idioto?
- Aaa...ok zaraz wracam... - pognał na górę.
Uff...te myśli mnie zamęczą...czy to może być prawda? Nie błagam. Gejem...to jeszcze przeżyję, ale żeby zakochać się w swoim kuzynie?! To już jest chore...Matko kochana przecież oni mnie zabiją...Może jednak to tylko chwilowe? Ta...chwilowe od 2 tygodni? A więc to prawda. Jestem gejem, zakochałem się w swoim kuzynie. Zajebiście...
- Ok, już. Możemy iść - wyszczerzył się po czym wyszliśmy z domu.
Zakupy zrobiliśmy dosyć szybko. Fakt mało to one nie były, ale jak się biega po sklepie i ładuje do wózka co wpadnie w ręce, to później co się dziwić, że niesie się po 4 torby.
- Toshiro...
- Hm?
- Dziękuję.
- Za co?
- Za to, że mogę mieć takiego przyjaciela. Na prawdę to dla mnie dużo znaczy. Nawet nie wiesz jak bardzo.
- Nie ma za co. - uśmiechnąłem się. - Dzięki tobie nie jestem odludkiem.
- Może pójdziemy na chwilę na plac zabaw? Dawno tam nie byłem. - zapytał.
- No jasne. - lubiłem takie miejsca. Mogłem się powygłupiać do woli, po czym znowu stać się mrukiem.
- O! Ktoś tam jest...a przecież tutaj nigdy nikt nie przychodził.
- Hm... - pomimo wszystko i tak postanowiliśmy tam iść. Kiedy doszliśmy do huśtawek, położyliśmy zakupy przy słupku i usiedliśmy. Huśtając się cały czas obserwowaliśmy owe osoby. Były to dwie dziewczyny. Mniej więcej równe wzrostem. 'Bawiły się' na karuzeli. Krzyczały niemiłosiernie. Nie mogąc wytrzymać hałasu wrócilismy do domu. Eiji jednak koniecznie chciał gdzieć iść. Nie dziwię się mu. W końcu ile czasu był sam. Miał dosyć siedzenia w domu.
- Toshiro?
- No?
- Może gdzieś pójdziemy?
- Um...no nie wiem. Ja nie znam tej okolicy.
- Na moim placu zabaw, są te dziewczyny... do parku jakoś nie mam ochoty więcej iść...może... - jego wypowiedź przerwał telefon.
- Rodzice. - powiedziałem, po czym odebrałem. - Tak?
- Toshiro?
- Nom.
- Masz gdzies tam Eiji'ego?
- No tak. Stoi tu obok mnie.
- To proszę włącz na głośnomówiący. Chcemy wam coś przekazać.
- Jasne. - zrobiłem to o co prosiła mama.
- Słuchajcie chłopcy. Mamy do was pytanie.
- Słuchamy. - odpowiedzieliśmy churem.
- Nie będziecie źli,jesli zostaniemy tu jeszcze tydzień? Niestety przegapiliśmy samolot... a następny będzie w przyszłą niedzielę.
- Jak to przegapiliście? Przecież macie go dopiero jutro... - powiedział niedowierzając.
- No tak..ale dzisiaj się dowiedzielismy, że został odwołany.
- To w koncu go przegapiliście, czy został odwołany? - zniecierpliwiłem się. Coś mi tu nie grało.
- Został odwołany. - wtrąciła się ciocia.
- A więc. Wszystko już macie załatwione. Dzwoniliśmy do szkoły. Następny tydzień też macie wolny. O nic nie musice się martwić. - dokończyła mama.
- Jasne...
- Mamo! - wtrącił Eiji.
- Słucham słońce?
- Posłuchaj. Razem z Toshiro utrzymujemy dobre relacje. Mógłbym żec bardzo dobre. Mam prośbę. Czy mógłbym przenieść się do Tokio? Chodziłbym do szkoły razem z nim. Tutaj i tak nie mam przyjaciół...szczególnie po tym incydencie z tatą. wiesz...
- A gdzie byś chciał mieszkać? To jest największy problem.
- Mógłby mieszkać u nas! - wtrąciłem.
- Eiji...jeżeli ciocia się zgodzi. Możesz jechac do Tokio.
- A ja nie mam nic przeciwko temu. - tym razem w telefonie było słychać głos mamy.
- A więc Eiji jedziesz ze mną! - krzyknąłem i przytuliłem się do niego. Po moim ciele przeszły ciarki, a w sercu coś załomotało. Jednak to nie zauroczenie. Teraz to poczułem. Od tej chwili...zrobię wszystko, żeby mój chłoptaś był szczęśliwy. I TYLKO mój. Nie oddam go nikomu.
czwartek, 12 lipca 2012
Rozdział VII
Pisane podczas burzy ^_^
***
Narracja pierwszoosobowa ( Toshiro )
***
Po kilkunastu minutach postanowiłem wrócić. W końcu zostawiłem go samego, bez opieki. A jeżeli coś mu się stało?
Wszedłem do domu. Eiji siedział na kanapie. Nawet nie zdezynfekował sobie ran. Było tak, jak zostawiłem wychodząc.
- Gomen. - zwróciłem się do niego.
- O...okej. - odparł. - Em...jeżeli na prawdę chcesz wiedzieć...powiem Ci. Skoro tak się o mnie martwisz. Jako jedyny. Sądzę, że nie powinienem, przed tobą tego ukrywać.
- Um..rozumiem...i dziękuję. Dziękuje, że jednak postanowiłeś mi powierzyć swoją tajemnicę.
- A więc.- chłopak zaczął swoją opowieść. - Kiedy to mieliśmy od was wyjechać, pamiętasz? - kiwnąłem tylko głową. Nie chciałem mu przerywać. - Tego samego dnia wyszło na jaw, że firma mojego ojca zrobiła jakiś przekręt. Dowiedziałem się o tym następnego dnia w szkole. Rodzice nawet nie raczyli mnie uprzedzić. Od tamtej pory kiedy choć na krok wyjdę z domu, spotykam kilkuosobowe grupki krzyczące na mój temat najróżniejsze wyzwiska. Inne przechodzą od razu do sedna sprawy. Obrywanie więc od tygodnia nie jest mi obce. Mógłbym powiedzieć, że ból jest moim towarzyszem.
- Ale...
- Dlaczego? - przerwał mi. - Dlatego, że dzieki temu rodzice niektórych dzieciaków stracili pracę, zostałem pośmiewiskiem, ale nie to boli mnie najbardziej. Jestem ciekaw co stanie się z tymi ludźmi...jak będą żyć? Może skończą na ulicy? A to wszystko przez głupotę mojego ojca.
- Eiji...nie obwiniaj się tak. Skąd mogłeś wiedzieć, że cos takiego nastąpi?
- Mogłem to przewidzieć...
- Niby jak? Przecież nie jesteś robotem, nie czytasz ludziom w myślach.
- Ale...
- No właśnie. Nie musisz się obwiniać, bo przecież nic nie wiedziałeś.
- Ale mogłem wiedzieć! Ile razy chodziłem do biura ojca...mogłem coś zauważyć...
- Błagam...
- Teraz mam przesrane do końca życia. Tutaj nie mam już przyszości. - spóścił głowę.
- A więc jedź z nami do Tokio. - chłopaka zamurowało. Zaskoczyłem go dzisiaj już chyba 3 raz. - No co?!
- N..Na prawdę? Mógłbym?
- No jasne! Tylko, żeby twoi rodzice się zgodzili!
- Porozmawiam z nimi jak wrócą.
- A tym czasem, gdzie masz apteczkę?
- Jaką apteczkę? A do czego Ci?
- Jak to do czego? Chyba trzeba to zdezynfekować! Musisz się umyć, przebrać. Masz zamiar tak wyglądać przez 2 tygodnie? Nigdy Ci na to nie pozwolę...
- A..no tak - podrapał się po karku zmieszany , po czym wstał i poszedł do łazienki.
Po 30 minutach blondyn pojawił się w salonie. Miał na sobie białą podkoszulkę, oraz szare dresowe spodnie. Czuprynkę miał mokrą, no bo po co ma ją suszyć skoro jest już prawie 20:00?
- I jak? Lepiej? - zapytałem kiedy usiadł przy blacie kuchennym
- O niebo. - uśmiechnął się. - Sssss...ał. - syknął.
- Hm? Gdzie Cię boli?
- Tu. - wskazał palcem na ranę obok wargi.
- No to gdzie masz tą apteczkę? - spytałem już chyba 5 raz. Ile razy można pytać o to samo?
- Powinna leżeć w szafce w łazience.
- Okjee... - powiedziałem i poszedłem po medykamenty. Wchodząc do łazienki poczułem przyjemny zapach czekoladowego płynu do kąpieli.
- Jednak go kupił. - powiedziałem do siebie i uśmiechnąłem się.
- Dobra. W takim bądź razie, panie pacjęcie, proszę się wygodnie rozsiąść na kanapie. Lekarz Toshiro się tobą zajmie. - powiedziałem kiedy znalazłem się w salonie.
- Ależ oczywiście. - odparł po czym spoczął na kanapie, a ja mogłem spokojnie działać. Muszę powiedzieć, że ran i otarć miał całkiem sporo. Starałem się sprawiać mu jak najmniej bólu (wiem, że to dość dziwnie brzmi, przynajmniej dla mnie, ale na TAKIE scenki trzeba będzie jeszcze trochę poczekać dop. aut. ). Kiedy skonczyłem postanowiłem zrobic kolację.
- Eiji?
- Hm?
- Lubisz czekoladę?
- No jasne. A kto nie lubi?
- No ta...a krewetki?
- Kocham.
- A...ym...sok?
- No pewnie, dziwne pytania zadajesz...
- A jaki najbardziej?
- Porzeczkowy.
- Okjeee...a co sądzisz o połączeniu czekolady z krewetkami?
- Dość dziwne połączenie, ale czemu nie.
- A jeśli ktoś by Ci zaproponował takie danie...zjadłbyś je?
- Um...pewnie tak. Można spróbować.
- Mógłbyś pozwolić na chwilę do kuchni?
- Jasne.
- Usiadź proszę.
- Okeeeeeeej....
- I wcinaj. - postawiłem chłopakowi moje autorskie danie przed nosem.
- A..um..więc dlatego te pytania?
- No jasne. Danie mojego autorstwa. Mam nadzieję, że bedzie Ci smakować.
- Um...no zobaczymy. - wziął jedną z krewetek do ust.
- I jak? - czekałem z niecierpliwością na werdykt.
- Hm....muszę stwierdzić, że...to jest nadzwyczajne. Jak ty na to wpadłeś?
- E tam. Kiedyś postanowiłem połączyć moje ulubione przekąski. Czyli krewetki z czekoladą. No i tak wyszło to coś co masz w tej chwili przed sobą.
- Musisz zacząć łączyć więcej swoich ulubionych potraw. - uśmiechnął się po czym nic już nie mówiąc, konsumował to co dla niego zrobiłem.
***
Narracja pierwszoosobowa ( Toshiro )
***
Po kilkunastu minutach postanowiłem wrócić. W końcu zostawiłem go samego, bez opieki. A jeżeli coś mu się stało?
Wszedłem do domu. Eiji siedział na kanapie. Nawet nie zdezynfekował sobie ran. Było tak, jak zostawiłem wychodząc.
- Gomen. - zwróciłem się do niego.
- O...okej. - odparł. - Em...jeżeli na prawdę chcesz wiedzieć...powiem Ci. Skoro tak się o mnie martwisz. Jako jedyny. Sądzę, że nie powinienem, przed tobą tego ukrywać.
- Um..rozumiem...i dziękuję. Dziękuje, że jednak postanowiłeś mi powierzyć swoją tajemnicę.
- A więc.- chłopak zaczął swoją opowieść. - Kiedy to mieliśmy od was wyjechać, pamiętasz? - kiwnąłem tylko głową. Nie chciałem mu przerywać. - Tego samego dnia wyszło na jaw, że firma mojego ojca zrobiła jakiś przekręt. Dowiedziałem się o tym następnego dnia w szkole. Rodzice nawet nie raczyli mnie uprzedzić. Od tamtej pory kiedy choć na krok wyjdę z domu, spotykam kilkuosobowe grupki krzyczące na mój temat najróżniejsze wyzwiska. Inne przechodzą od razu do sedna sprawy. Obrywanie więc od tygodnia nie jest mi obce. Mógłbym powiedzieć, że ból jest moim towarzyszem.
- Ale...
- Dlaczego? - przerwał mi. - Dlatego, że dzieki temu rodzice niektórych dzieciaków stracili pracę, zostałem pośmiewiskiem, ale nie to boli mnie najbardziej. Jestem ciekaw co stanie się z tymi ludźmi...jak będą żyć? Może skończą na ulicy? A to wszystko przez głupotę mojego ojca.
- Eiji...nie obwiniaj się tak. Skąd mogłeś wiedzieć, że cos takiego nastąpi?
- Mogłem to przewidzieć...
- Niby jak? Przecież nie jesteś robotem, nie czytasz ludziom w myślach.
- Ale...
- No właśnie. Nie musisz się obwiniać, bo przecież nic nie wiedziałeś.
- Ale mogłem wiedzieć! Ile razy chodziłem do biura ojca...mogłem coś zauważyć...
- Błagam...
- Teraz mam przesrane do końca życia. Tutaj nie mam już przyszości. - spóścił głowę.
- A więc jedź z nami do Tokio. - chłopaka zamurowało. Zaskoczyłem go dzisiaj już chyba 3 raz. - No co?!
- N..Na prawdę? Mógłbym?
- No jasne! Tylko, żeby twoi rodzice się zgodzili!
- Porozmawiam z nimi jak wrócą.
- A tym czasem, gdzie masz apteczkę?
- Jaką apteczkę? A do czego Ci?
- Jak to do czego? Chyba trzeba to zdezynfekować! Musisz się umyć, przebrać. Masz zamiar tak wyglądać przez 2 tygodnie? Nigdy Ci na to nie pozwolę...
- A..no tak - podrapał się po karku zmieszany , po czym wstał i poszedł do łazienki.
Po 30 minutach blondyn pojawił się w salonie. Miał na sobie białą podkoszulkę, oraz szare dresowe spodnie. Czuprynkę miał mokrą, no bo po co ma ją suszyć skoro jest już prawie 20:00?
- I jak? Lepiej? - zapytałem kiedy usiadł przy blacie kuchennym
- O niebo. - uśmiechnął się. - Sssss...ał. - syknął.
- Hm? Gdzie Cię boli?
- Tu. - wskazał palcem na ranę obok wargi.
- No to gdzie masz tą apteczkę? - spytałem już chyba 5 raz. Ile razy można pytać o to samo?
- Powinna leżeć w szafce w łazience.
- Okjee... - powiedziałem i poszedłem po medykamenty. Wchodząc do łazienki poczułem przyjemny zapach czekoladowego płynu do kąpieli.
- Jednak go kupił. - powiedziałem do siebie i uśmiechnąłem się.
- Dobra. W takim bądź razie, panie pacjęcie, proszę się wygodnie rozsiąść na kanapie. Lekarz Toshiro się tobą zajmie. - powiedziałem kiedy znalazłem się w salonie.
- Ależ oczywiście. - odparł po czym spoczął na kanapie, a ja mogłem spokojnie działać. Muszę powiedzieć, że ran i otarć miał całkiem sporo. Starałem się sprawiać mu jak najmniej bólu (wiem, że to dość dziwnie brzmi, przynajmniej dla mnie, ale na TAKIE scenki trzeba będzie jeszcze trochę poczekać dop. aut. ). Kiedy skonczyłem postanowiłem zrobic kolację.
- Eiji?
- Hm?
- Lubisz czekoladę?
- No jasne. A kto nie lubi?
- No ta...a krewetki?
- Kocham.
- A...ym...sok?
- No pewnie, dziwne pytania zadajesz...
- A jaki najbardziej?
- Porzeczkowy.
- Okjeee...a co sądzisz o połączeniu czekolady z krewetkami?
- Dość dziwne połączenie, ale czemu nie.
- A jeśli ktoś by Ci zaproponował takie danie...zjadłbyś je?
- Um...pewnie tak. Można spróbować.
- Mógłbyś pozwolić na chwilę do kuchni?
- Jasne.
- Usiadź proszę.
- Okeeeeeeej....
- I wcinaj. - postawiłem chłopakowi moje autorskie danie przed nosem.
- A..um..więc dlatego te pytania?
- No jasne. Danie mojego autorstwa. Mam nadzieję, że bedzie Ci smakować.
- Um...no zobaczymy. - wziął jedną z krewetek do ust.
- I jak? - czekałem z niecierpliwością na werdykt.
- Hm....muszę stwierdzić, że...to jest nadzwyczajne. Jak ty na to wpadłeś?
- E tam. Kiedyś postanowiłem połączyć moje ulubione przekąski. Czyli krewetki z czekoladą. No i tak wyszło to coś co masz w tej chwili przed sobą.
- Musisz zacząć łączyć więcej swoich ulubionych potraw. - uśmiechnął się po czym nic już nie mówiąc, konsumował to co dla niego zrobiłem.
Rozdział VI
Narracja pierwszoosobowa ( Toshiro )
***
Po kilku minutach, wszystkie walizki były już w samochodowym bagażniku, a my siedzieliśmy w środku. Oczywiście nie zdążyłem zakupić słuchawek, ale kogo to obchodzi...Dobrze, że mogę pomóc Eiji'emu...to jest ważniejsze niż jakies tam słuchawki.
Przejeżdżaliśmy ulicami uśpionego już Tokio. Była godzina 3:00. Niektórzy wracali z różnych przyjęć, dyskotek i innych tego typu rzeczy. Widziałem także kilku bezdomnych. Żal mi takich ludzi. Przecież też powinni mieć normalne życie...
Około godziny 11:00 dotarlismy na miejsce. Byłem bardzo podekscytowany. Niestety nie wiedziałem najgorszego. Ciocia chciała, żebyśmy przyjechali, bo nie chciała zostawić Eiji'ego samego. Razem z wujkiem wzięli sobie urlop. Chcieli jechać na wakacje...Z tego co zrozumiałem na Bali. Moi rodzice mieli jechac razem z nimi, ale tego nie raczyli nam już powiedzieć. To dlatego tak bardzo spieszyliśmy się z wyjazdem. O 13:00 mieli samolot. Nie mogę zrozumieć tylko, dlaczego ciocia nie chciała wziąć Eiji'ego. Przecież to ich syn. Jest jedynakiem, z pieniędzmi też nie mają problemów wiec sądzę iż jego także powinni zabrać.
Inoue była wściekła. Także chciała jechać na Bali. Ale jak to z nią bywa. Biedne dziecko zostało zabrane na wakacje. Teraz był tylko jeden problem...Kochana Inu nie miała stroju kąpielowego, ani wielu ubrań nadających się na wakacje. Więc z wybiciem godziny 11:30 wszyscy udali się na zakupy. Zostaliśmy tylko my.
- Um....Eiji? Dlaczego nie pojechałeś z nimi? - zacząłem.
- A czy cokolwiek wiedziałem? Niee... nie zostałem nawet łaskawie poinformowany o tym, że zamierzają gdziekolwiek jechać. Z resztą i tak bym nie pojechał. - tłumaczył.
- Dlaczego?
- A do czego im ogonek? Mnie lepiej jest zostawiać w domu. Tylko psuję zabawę. Kiedyś mi to powiedzieli. Miałem wtedy 11 lat. Zapamiętałem więc...Nie pcham się na tego typu wyjazdy..
- O...rozumiem. To musi byc przykre. Prawda? Nigdzie nie jeździć, bo twoi rodzice cię nie chcą...
- Dokładnie. - zwrócił wzrok na podłogę. - Ale ja już się do tego przyzwyczaiłem więc nie robi mi juz żadnej różnicy czy ja pojadę, czy nie. Przyzwyczaiłem się już do bycia samym.
- Ale teraz zostajemy oboje. - wyszczerzyłem się.
- Taaak...cieszę się wiesz? - uśmiechnął się.
- No przecież, że wiem. - uderzyłem go w plecy. - Wstawaj! Głodny jestem!
- Ah...Tak! O Matko! Przepraszam! Na śmierć zapomniałem. Musisz być bardzo głodny! - biegał zmieszany.
- Nie jest aż tak źle! Uspokój się - śmiałem się na głos. On na prawdę działa na mnie uspokajająco.
12:00. Wrócili. Inoue wymieniła tylko zawartość torby i już ruszali na lotnisko. Pożegnaliśmy się z nimi. Szczerze...cieszyłem się, że zostanę sam z kuzynem. Na prawdę. Na początku byłem zły, że nas nie wzięli, ale...teraz...Teraz niech już jadą! Ile czasu można się żegnać...
- Mamo! Jest 12:20! za 40 minut macie odprawę. Jeżeli teraz nie wyjedziecie, to możecie powiedzieć Bali sayonara! - krzyczałem.
- Ojejku..dobrze do zaobaczenia za 2 tygodnie. - powiedziała ciocia z bananem na twarzy, po czym wszyscy wyszli z domu.
- Um...to co będziemy robić, przez ten cały czas? - zapytałem.
- Em...szczerze...nie mam pojęcia! - oboje zaczęliśmy się śmiać.
- Uh.... - westchnąłem. Chciałem porozmawiać z im na temat tego maila, chociaż nie wiedziałem, czy to dobry moment. No ale, skoro mieliśmy spędzić, ze sobą 2 tygodnie, musiałem wiedzieć jak mógłbym umilić mu czas. - E...Eiji? - zacząłem.
- Tak?
- Chciałbym porozmawiać o mailu, którego mi niedawno wysłałeś.
- Aha....Rozmumiem. W takim bądź razie co byś chciał wiedzieć?
- Powiedz mi do cholery co się dzieje. Fakt w mailu zawarłeś mniej więcej to co chciałeś mi przekazać jak sądzę, ale ja wiem, że to nie jest wszystko. Ja to po prostu czuję.
- Tak...masz rację. To nie wszystko, ale czy to na prawdę takie ważne?
- TAK! Ważne. Jak mam Ci pomóc muszę wiedzieć jak.
- Ale, przecież nikt nie prosił Cię o pomoc...
- Ja sądzę coś innego. W tym co napisałeś ukryty był przekaz. Ja to wiem. Więc nie wciskaj mi kitu, że nic się nie dzieje. Eiji! Daj sobie pomóc!
- Ale ja nie chcę pomocy! - krzyknął i wybiegł z domu.
- Nie ma co. Nieźle zacząłeś Toshiro. Na wstępie kłótnia. Wspaniale. - westchnąłem i ruszyłem za chłopakiem.
Nie miałem pojęcia gdzie on może być. Nie znałem tego miasta.
- No i jak ja go teraz znajdę! - krzyknąłem do siebie.
Nagle zauważyłem paczkę chłopaków otaczającą kogoś kołem. Tym kimś był Eiji. Nie sądzę, że byli to jego koledzy. Oni czegoś od niego rządali. Po chwili, zaczęli go bić.
- No kurwa...tego już za wiele. Wyzywać go mogą, ale nie bić! - powiedziałem do siebie. W sumie to wyzywać też go nie mogą. Nie pozwalam. Podbiegłem do bandy, znęcającej się nad Eiji'm. W drodze policzyłem ilu ich mniej więcej jest. Pięcioro...yh...niech się dzieje co chce. Ja nie dam im go bić. Zacząłem odciągać zbirów od poszkodowanego. Nie podobało im się to oj nie...
I tak oto wdałem się w bójkę...10 minut po wyjściu rodziców. Suodko...będę musiał poradzić sobie z nimi. Nie chcę wyjść na głupka i słabeusza przed Eiji'm. Nie wiem dlaczego ja się tak staram, aby widział mnie w jak najlepszym świetle.
Jeden z nich, wysoki brunet kopnął leżącego Eiji'ego.
Tego już za wiele. - nagle jakby stąpił na mnie nieopisany przypływ siły. Wystarczały 3 ciosy, abym pokonał przeciwnika. Nigdy nie lubiłem się bić. Nie ciągnęło mnie do tego. Nie chciałem uszkodzić sobie moje ślicznej buźki. Ale Eiji to Eiji. Jego nikt nie ma prawa tykać.
Tak więc po kilku sekundach, po chłopakach nie było sladu. Pomogłem Eiji'emu wstać.
- Gdzie Cię boli? Jak się czujesz? - zadawałem pytanie po pytaniu.
- O...okej. - powiedział cichym, prawie niedosłyszalnym głosem.
- Chodź do domu.
- Mhm...
***
- Co to byli za goście? - zapytałem kiedy byliśmy już na miejscu.
- A...tacy tam...nic ważnego..
- No kurwa widzę, że nic ważnego! A to to co?! Też nic ważnego?! - krzyczałem wskazując na jego rany. Nic nie odpowiedział tylko zwrócił głowę w dół. - Dobra daj...Zdezynfekuję Ci to. Ale..Eiji..błagam..powiedz mi co się dzieje. Ja na prawdę się o Ciebie martwię. Myslisz, że chcę oglądać tą śliczną buźkę, niebieściutkie oczy...całego Ciebie w takim stanie? - nie wiedząc kiedy do oczu napłynęły mi łzy, a w gardle powstała ogromna gula,przez którą nie byłem w stanie wypowiedzieć ani słowa więcej.
- T...Toshiro... - chłopak siedział jak wmurowany.
- Daj sobie spokój. - powiedziałem, po czym wyszedłem z domu. Fakt zachowałem się podobnie jak on. Zostawiłem go samego w tak opłakanym stanie. Nie znałem miasta, nie wiedziałem gdzie idę, po prostu chciałem pozbyc się tej guli. Chciałem przemyśleć to i owo. A przede wszystkim...dlaczego zaczęło mi tak bardzo zależeć, aby ta blond czupryna nie cierpiała i czuła się szczęśliwa...czyżbym? NIE! To nie możliwe. Przecież nie jestem gejem...jakbym mógł zakochać się w Eiji'm...do tego..przecież to moja rodzina. Nie! To jest niemożliwe....prawda?
Rozdział V
Narracja pierwszoosobowa ( Toshiro )
***
- Toshiro.! Leniu śmierdzący wstawaj! Koniec twojego lenistwa! Dzisiaj szkooooła...wiem jak bardzo ją kochasz więc wstawaj! - darła się Inoue, wchodzą do pokoju chłopaka.
- Idź błagaaaam! Idź sobie!
- Nie e! Mama mnie tu przysłała z misją, wiec muszę ją wykonać. - usprawedliwiała się. - Ej...a ty znowu nie wyłączyłeś laptopa? Ile razy Cię o to prosiliśmy...
- Oh...siedziałem do późna i zapomniałem.
- A co ty niby tak późno robiłeś?. - drwiła dziewczyna, podchodząc do urządzenia. - O! Patrz dostałeś maila...od Eiji'ego? Uhuhuh...ciekawa jestem co takiego napisał.
- Nie! Zostaw. Odejdź od komputera! - krzyczałem wygrzebując się z łóżka.
- No weeeź...tylko kawałeczek. - robiła maślane oczka.
- Nie! Wynocha! Możesz powiedzieć mamie, że już wstałem i za chwilę zejdę na dół. A ty....zrób mi śniadanko - wyszczerzyłem się, pokazując rządek białych zębów.
- Phii...jeszcze tego brakowało. - rzekła, zamykając wrota mojej komnaty.
Uh.....jestem ciekawy co takiego mi napisał. Nie odzywał się od czasu wyjazdu więc...
Kliknąłem na ikonkę i zacząłem czytać.
'Ohayo!
Przepraszam, że zwracam się z tym do Ciebie ale wydaje mi się, że to właśnie ty jesteś najlepszą osobą, której mógłbym się zwieżyć. Jeżeli nie chcesz czytać moich wypocin, po porstu skończ tutaj. Natomiast jeżeli chciałbyś mi jakoś pomóc będę Ci ogromnie wdzięczny. A więc...
Jest mi tak okropnie źle, smutno. Nie mam ochoty już żyć. Matka z ojcem jak zwykle pracują. Nie widuję ich praktycznie wcale. Siedzę sam w tym wielkim domu. Dzsiaj wybrałem się na spacer... W nocy. Wiem, że to było głupie, ale po prostu chciałem oderwać się od szarej rzeczywistości. Niesety zgubiłem się.. Wiem, że to śmieszne, bo przecież znam moje okolice bardzo dobrze, ale to prawda. Zgubiłem się. Znalazłem się w jakimś okręgu, w środku lasu. Później znalazłem kotka...Takiego malutkiego, ślicznego kotka. Niestety czegoś się wystraszył....a raczej kogoś. Zacząłem uciekać, przed jakimś okropnym facetem. Gonił mnie do samego domu. Udało mi się wyrwać z jego 'szponów', że tak napiszę, ale wciąż martwię się, że on może wrócić. Wiem, nie jestem malutki, ale to było straszne przeżycie. Chciałbym wrócić do Tokio. Zamieszkać gdzieś niedaleko Ciebie... Ja tu już wariuję Toshiro....
Eiji.'
Zamurowało mnie. Czyżby na prawdę było tak źle, jak napisał... No tak...przecież nie mógł by mnie okłamać, prawda?Nie odpisałem na maila teraz, gdyż miałem mało czasu na przygotowanie się do szkoły, a chciałem zrobić to co Eiji pokazywał mi w czasie jego jakże krótkiego pobytu w moim domu.
Wyłączyłem komputer po czym udałem się do łazienki. Wziąłem szybki prysznic. Wciąż myslałem, co się dzieje z Eiji'm ... Martwiłem się. Szczerze się martwiłem, przecież była to moja rodzina. Bardzo bliska rodzina.. Wyszedłem spod przysznica. Zacząłem działać. Wykonywałem kolejno kroki, tak jak to robił chłopak. Po kilku minutach, mogłem ujrzeć wspaniałe rezultaty. Podziałało. Co tu ukrywać, wyglądałem zjawiskowo, inaczej, jednym słowem- zabójczo.
Wyszedłem z łazienki i skierowałem się do szafy. Chciałem dopełnić swój wygląd jakimś fajnym strojem. Po krótkim zastanowieniu, ubrałem czarne rórki, fioletową koszulkę i czarną bluzę. Kilka dodatków typu: pasek, kolczyki i mogłem ruszać.
Kiedy znalazłem się na dole, oczy domowników zwróciły się na mnie natychmiastowo.
- No no Toshiro, ale się wystroiłeś. - zaczął ojciec, czego byłem wręcz pewny. On nigdy sobie nie odpuści.
- Daj spokój, bo go zawstydzasz. Wygląda ślicznie. - tym razem mama dała o sobie znać.
- Ślicznie? Błagam was... Wygląda niczym bóg. - zaśmiała się Inoue, ale jej wypowiedź nie miała byc dla mnie komplementem, tylko zwykłą drwiną.
- Dajcie sobie wszyscy spokój. - rzuciłem i wyszedłem z domu, uprzednio zakładając ulubione, czarne trampki.
Idąc do szkoły, ciągle myślałem nad sytuacją kuzyna.
Może by odwiedzić go? Ale to przecież daleko...nie dałbym rady w tak krótkim czasie, jakim jest jeden dzień. Możeby poprosić rodziców o zwolnienie ze szkoły? Tak...to możebyć dobry pomysł, ale czy pozwoliliby mi na tak daleką podróż samemu...sądzę, że nie. INOUE! Tak...musiałbym ją poprosić...ale ona na pewno będzie żądała czegoś w zamian...sprzątania, usługiwania jej? U niej wszystko jest możliwe. Nikt nie wie co kryje się w jej małem móżdżku...Będę musiał spróbować. Przecież nie mogę go tak zostawić...
Lekcje minęły mi nadzwyczaj szybko. Oczywiście Eiji nie dawał spokoju moim myślom. Nie uważałem na żadnej lekcji...no bo po co? W przeszłości uczyłem się sam, więc to co oni mi teraz mówią mam w małym palcu. Wolę posiedzieć, porysować, może napisać coś, aniżeli słuchać nudnych wykładów na tematy dawno mi już znane.
Kiedy wróciłem do domu, postanowiłem zapytać się rodziców o pozwolenie na wyjazd, ale jak zwykle nie było ich w domu...praca. Oczywiście. Głupi pracoholicy. Miałem tego już dosyć, chociaż w sumie, mogłem robić co żywnie mi się podobało. Ale co za dużo wolności to nie zdrowo. Nawet kiedy oni byli w domu, mogłem robić co chiałem... Niestety o wyjazd lepiej się zapytam, jeszcze wyszłaby z tego nie wiadomo jaka afera i mojej wolności mógłbym powiedzieć ' sayonara' .
Inoue pewnie jeszcze nie wróciła. Jak zwykle szwęda się gdzieś z przyjaciółmi, kiedy ja jej potrzebuję, ale kiedy ona czegoś chce...muszę być na jedno kiwniecie palcem. Tak...hierarchia w mojej rodzinie obowiązywała. Przynajmniej wśród dzieci. Czytaj mnie i Inoue.
Postanowiłem nie odpisywać jeszcze na maila Eiji'ego, gdyż może udałoby mi się do niego pojechać. Wtedy oznajmiłbym mu to już za jednym razem. W takim bądź razie, poszedłem do salonu, uprzednio biorąc z lodówki pierwszy lepszy sok. Postawiłem karton na szklanym stoliku, po czym podszedłem do mojej jakże dużej kolekcji płyt DVD. Miałem ochotę na obejrzenie jakiegoś horroru. Wybrałem pierwszy w rzędzie, włączyłem go i usiadłem na kanapie.
Film nie był straszny. Muszę przyznać, że w niektórych momentach nawet mnie śmieszył. Grafika dobra, ale efekty specjalne...sztuczna krew...porażka. Jedna wielka porażka. Znudzony oglądaniem udałem się do kuchni. Jednak sam sok po długim dniu nie wystarczył by zaspokoić mój głód. Zabrałem się do przygotowywania, jakiegoś prowizorycznego obiadu. Miałem ochotę na kreweki, ale w domu były tylko małże. Fe..nie nawidzę małży. W dodatku wziąłem ostatni karton soku, jaki widniał w lodówce. W takim bądź razie, byłem zmuszony iść do sklepu. Wziąłem pieniądze, założyłem buty i ruszyłem w stronę najbliższego supermarket.
Po chwili stałem już w środku. Pierwszym działem, do którego sę skierowałem był dział z napojami. Włożyłem do koszyka sok po jednym kartonie z każdego rodzaju. Nie brałem tylko malinowego. Prawdę mówiąc nie przepadałem za malinami. Także ten sok, sokbie odpuściłem. Następnie poszedłem po krewetki. Wziąłem 5 paczek.
- No to dzisiaj na obiadzik wcinamy krewetki. - powiedziałem do siebie, po czym udałem sie do działu z czekoladą. Wziąłem duuuuużo czekolady. Nie bałem się, że przytyję. Zjadałem jedną czekoladę na dzień. To była część mojej diety. Prawdę mówiąc czekolada towarzyszyła mi wszędzie. Nawet eksperymentowałem trochę z nią. Krewetki w czekoladzie. Może to dziwnie brzmi, ale lubię to połączenie. Do tego sok i mogę umierać.
Po skończeniu zakupów, poszedłem do domu. Nie zatrzymywałem się już nigdzie. Fakt faktem, musiałem kupić sobie nowe słuchawki, ale to kiedy indziej. Chociaż, muszę je zakupić przed wyjazdem. Jak ja wytrzymam tyle czasu bez mojej muzyki? Zdechnę. To jest pewne.
Gdy dotarłem do domu, od raz wziąłem się za robienie obiadku. Wziąłem rondel i zacząłem rozpuszczać w niej czekoladę. Następnie przyżądziłem krewetki. Kiedy czekolada była gotowa, pojedynczo zanurzałem w niej krewetki, po czym odkładałem je na talerzyk. Czekolada nie spływała z nich, gdyż rozpuściłem 3 tabliczki, bez dodawania do nich niczego, co mogło spowodować zmianę jej konsystencji.
Po 15 minutach jedzonko było gotowe. Nareszcie. Dawno nie jadłem tego specyfiku mojego autorstwa. Nalałem do szklanki soku. Tym raze był on jabłkowy i zacząłem konsumpcję.
Podczas spożywania posiłku do domu wróciła Inoue.
- Fu...a ty znowu jesz to paskudztwo. - zaczęła od samych drzwi.
- Nie paskudztwo. Nie wierzysz to sama sprawdź. - wetknąłem jej do buzi jedną z moich malutkich przyjemności.
- Eh..no dobra muszę przyznać, że nie jest takie złe. - powiedziała z pełną buzią i poszła na górę zanieść torbę.
- I...Inoue? - zacząłem kiedy usiadła obok mnie i zaczęła podjadać MOJE jedzenie. Wiedziałem, że jej zasmakuje.
- Mhm? - mrukneła tylko, biorąc kolejne krewetki do ust.
- Mam pytanie. Ale poczekaj, zaraz przyjdę. - pobiegłem na górę po laptopa. Postanowiłem pokazać jej maila od Eijiego. Może wtdy będzie bardziej łaskawa i zgodzi się ze mną jechać? Bądź co bądź nie była złą siostrą. Nie oddałbym jej nikomu, ale czasem potrafiła zaleźć za skórę. - Chiała przeczytać maila od Eiji'ego, prawda? - zacząłem, schodząc ze schodów.
- No jasne! dawaj! - podekscytowana, 'skakała' na krzesle.
- Masz czytaj, a kiedy skończysz, będe miał do ciebie prośbę. Zgoda?
- Dobrze. Zgadzam się. - powiedziała.
- W takim razie proszę. - odparłem, podsuwając jej laptopa pod sam nos.
- O jejciu... - zaczęłą kiedy skończyła czytać.
- No właśnie, dlatego proszę Cię teraz, abyć pojechała ze mną do cioci i wujka.
- A...ale teraz? W tym momencie? Już? - zadawała mnóstwo pytan.
- Nie nie już. Ale Jeszcze w trym tygodniu. Najlepiej jutro, ale wątpię byśmy zdążyli do jutra. W takim razie w środę, ewentualnie w czwartek. - ciągnąłem.
- J...jasne, że pojadę. Nie możemy lekcewarzyć tego co nam napisał... - sam nie wierzyłem, że niczego nie żąda.
- Świetnie. Dziękuję. Teraz zostaje nam tylko poprosić o wyjazd rodziców. Ale...Inu, nie chcę pokazywać im tego co napisał. Wtedy mogłoby wyjśc coś...a ja nie chciałbym tego. Jeszcze rodzice zadzwoniliby do cioci i Eiji...miałby przerąbane. A tego nie chcę. Na prawde nie chcę. - tłumaczyłem.
- Oczywiście. To chyba jasne. Ale jest jeszcze jeden problem. Czy oni zgodzą się puścić nas w środku roku szkolnego...
- No i właśnie tu jest ten problem. Gula, przez którą utrudniona będzie nam pomoc Eiji'emu.
- Tak...masz rację. No. Posłuchaj mnie teraz. Jeżeli rodzice nie będą chceli się zgodzić na wyjazd...niestety będziemy musieli pokazać im tego maila. Tylko zaznaczymy im, żeby nie puszczali pary z ust. Będą musieli to zrozumieć. - powiedziała.
- Rozumiem. No dobrze. Tak zrobimy.
Po upływie 30 minut, drzwi frontowe się otworzył, a w nich ukazali się rodzice. Byli w bardzo dobrych chumorach, więc razem z siositrą postanowiliśmy uderzyc teraz.
- Mamo! Tato! Mamy do was prośbę. - zaczęła ona, gdyż jej zawsze rodzice pozwalali na więcej.
- Nie! My pierwsi. Słuchajcie. Ciocia z wujkiem chcieliby abyśmy przyjechali do nich na 2 tygodnie. Zgodziliśmy się. My wzięliśmy juz urlop, natomiast....czy chcecie jechać z nami? Wiem, że macie szkołę i może nie chcecie jej opuszczać...
- NIE! JEDZIEMY Z WAMI! - krzyknęlismy jednocześnie, przerywając naszej rodzicielce.
- W takim razie załatwione. Dzwonię do dyrektora waszej szkoły. A wy natychmiast się pakować! Wyjeżdżamy jeszcze dzisiaj w nocy. Tak chciałam, żeby zostali dłużej... - zarządziłą mama.
- Tak. - oboje przybiliśmy ' piątkę'.
- Udało sie co... - powiedziała Inu.
- Tak... - odpowiedziałem, po czym westchnąłem i pędem pognałem do mojego pokoju.
Po 2 godzinach pakowania. Byłem gotowy. W pokoju zostawiłem nieziemski burdel. Inoue siedziała u mnie na łóżku. Pomimo, że to ona jest dziewczyną, ja miałem większy kłopot co ze sobą zabrać.
- Wiesz... cieszę się, że jedziemy - zaczęła kiedy pakowałem fioletowe rórki.
- Ja także. Będziemy mogli mu pomóc...może nie jakoś specjalistycznie. Ale przynajmniej przez te 2 tygodnie nie będzie sam.
- Toshi? - zaczeła..
- Hm?
- Ale jeżeli rodzice będą musieli wrócic wcześniej...
- Poprosimy ich, o dłuższy pobyt. - uśmiechnałem się.
- To dobrze. Na prawdę zaintrygował mnie jego mail. - dodała.
- Mnie też Inu, mnie też... O! A co ty na to...
- hm? - przerwała mi,
- A możeby tak...poprosić ciocię i wujka, żeby przenieśli Eiji'ego do naszej szkoły. Wtedy zamieszkał by z nami...nie byłby sam...
- To świetny pomysł...ale niestety nie wykonalny. - pokazała mi język.
- Dlaczego nie wykonalny? Przecież można spróbować.. - broniłem swojego.
- Można, można, ale czy to coś da? - zapytała wychodząc.
- Nie wiem, ale spróbować nie zaszkodzi. - westchnąłem zamykając zwalizkę.
***
wiem, że nie jest to nadzwyczajne... ._.
niedziela, 8 lipca 2012
Rozdział IV
Narracja pierwszoosobowa ( Eiji )
***
Minął już tydzień odkąd widziałem Toshiro. Powróciła ta sama, smutna, nudna rzeczywistość. Nienawidzę siedzieć w tym dużym domu...sam...bo mama musiała aktualnie jechać w delegację. Dlaczego nie mogli mnie zostawić w Tokio? Z chęcią zostałbym tam jeszcze parę dni...najlepiej na zawsze...ale..przecież tego im nie mogę powiedzieć, prawda?
W kółko przerzucałem kanały w telewizji, nawet nie patrząc czy jest coś ciekawego. Nie interesowało mnie to. Nudziłem się. Miałem ochotę pograć w nogę, ale...samemu nie jest tak samo jak we dwoje.
Idę na spacer. Nie interesuje mnie, że jest już 2:00 w nocy. Ojciec powinien już dawno wrócić. Pewnie ZNOWU miał coś pilnego do załatwienia.
Założyłem na siebie granatowo-białą bluzę, ulubione trampki i wyszedłem z domu. Oczywiście zabrałem klucze. Jeszcze by tego brakowało, że musiałbym spędzić noc, siedząc przed drzwiami i czekając, aż ojciec raczy się łaskawie zjawić.
Szedłem długą uliczką w parku. Uwielbiałem to miejsce, chociaż przyznam, że tokijski park, który pokazał mi Toshiro był o niebo ładnieszy. Tarcza księżyca oświetlała mi drogę i pozwalała dostrzec najpiękniejsze a zarazem najdziwniejsze rzeczy. Straciłem rachubę czasu. Zaszywałem się w najdalsze zakamarki tego miejsca. Teraz byłem w środku........lasku? Taa to chyba był malutki lasek. Wyszedłem z niego i znalazłem się w środku jakiegoś kręgu. Nigdy nie zauważyłem tego miejsca, pomimo że przecież chadzałem w najróżniejsze strony parku. Czyżbym zabłądził? To niemożliwe.
Nagle w prowizorycznym lesie , zaczęło się coś poruszać.
Zajebiście. Jeszcze tego brakowało, żebym został zjedzony przez jakieś dzikie zwierzę w środku nocy, w nieznanym miejscu...
Zza drzewa zaczęła się wyłaniać jakaś postać.
Ty, to nie jest zwierzę...O! Jeszcze lepiej. Zostanę zjedzony przez człowieka. Może wampira, wilkołaka...Zaraz...o czym ty do jasnej cholery myślisz. Czy ten księżyc ci rozum odebrał?...
Zacząłem poruszać się w stonę owej postaci. Nie mam pojęcia dlaczego. W jednaj chwili usłyszałem podobny szum, tyle że po mojej prawej stronie. Postanowiłem sprawdzić najpierw co kryje się obok mnie. Podszedłem do niewielkiej kępki zarośli. Odgarnąłem je na boki, a moim oczom ukazał się.... mały biało-rudy kotek. Odetchnąłem z ulgą.
- Co ty tu robisz o tej porze mały? - uśmiechnąłem się do niego. Natomiast on, uciekł w zastraszającym tępie, gdy tylko spojrzał w moją stronę. Wiedziałem, że coś jest nie tak. Poczułem gorący oddech na swojej szyi.
Zajebiście, zajebiście, zajebiście....Zginę marną śmiercią. Na co mi było iść na ten spacer!!!
Zacząłem powoli wstawać. Może jednak to tylko przywidzenia. Moja wyobraźnia płata mi figla? Podnosiłem się wręcz ślimaczo.
Policzę do 3 i zacznę uciekać ile sił w nogach. Może to tylko złudzenie, ale jednak nie chcę ginąć. Chce jeszcze trochę pożyć. Mam tylko 16 lat!...
Okey...
3...
2...
1...
Teraz!
Tak jak zaplanowałem zacząłem uciekać. Jendak ten oddech nie był złudzeniem. Teraz to sobie uświadomiłem, postać biegła za mną cały czas. Niestety nie tą samą drogą, tylko w środku lasu. Nawet nie wiedziałem gdzie jest. Słyszałem jedynie szelest liści i dźwięk łamanych gałęzi leżących na ziemi.
BIegłem przed siebie. Nie wiedziałem dokąd, byleby jak najdalej od tego miejsca i dziada jak podejrzewam...
Skręciłem w szeroką uliczkę. Miałem nadzieję, że prowadzi ona do placu zabaw, albo jakiegoś innego miejsca w parku, byleby nie do kolejnej serii drzew, krzewów i tym podobnych.
Po kilku sekundach. Tak właśnie...sekundach, znalazłem się na brzegu niedużego stawu.
Boże! Będę musiał go przepłynąć...
Zrezygnowany wskoczyłem do wody. Modliłem się w duszy aby ten gościu nie potrafił pływać. Niestety moje modły nie zostały wysłuchane. Mężczyzna wskoczył do wody i płynął bardzo szybko. Wytężyłem resztki sił i popłynąłem najszybciej jak umiałem. Gdy dotarłem do brzegu, ponownie zacząłęm biec. Paliło mnie w płucach, a nogi odmawiały mi posłuszeństwa..........Przewróciłem się. Momentalnie się odcknąłem. Wznowiłem swój szaleńczy bieg. Nie miałem pojęcia gdzie tak na prawdę zmierzam. Byleby uciec od tego świra jak najdalej.
Czułem, że tracę siły...
Błagam nie teraz!
Mimowolnie zacząłęm płakać. Szlochałem i biegłem przed siebie. Nagle przede mną ukazł się...ON! Nie mam pojęcia jak udało mu się to zrobić. Czyżby sie teleportnął? Wpadłem wprost w jego ręce. Zacząłęm się szamotać, wierzgać, bić go pięściami. Niestety był silniejszy. Trzymał mnie w górze. Nie czułem podłoża pod nogami. Wisiałem. Jego świdrujące oczy lustrowały mnie od góry do dołu. Z buzi śmierdzało mu niemiłosiernie. Nagle upadła mu...chyba butelka...oczywiście... ŻUL! Postanowiłem wykorzystać tę sytuację. Kopnąłem go z całej siły w twarz. Przewrócił się na ziemię. Szybko uwolniłem się i ponownie zacząłem uciekać. Matko ile jeszcze tego uciekania...
Skręciłem w uliczkę prowadzącą do mojego domu. Fakt nie była to najkrótsza droga, ale zawsze jakaś. Biegłem, biegłem i biegłem, aż w końcu dotarłem do bramki. Przeskoczyłem ją, a następnie w momencie znalazłem się w środku. Zamknąłem drzwi na klucz.
- Yh..... - odetchnąłem. - Nareszcie! Już myślałem, że nie dane mi będzie dożyć nawet 20-stki.
Postanowiłem się wykąpać. Śmierdziałem potem, brudną wodą i oddechem tego śmiecia. Wiem, nie powinienem wyrażać się tak o ludziach, ale jego inaczej nazwać nie mogłem.
Zamiast kąpania, wziąłem długi prysznic. Gorąca woda podziałała na mnie uspokajająco. Do tego jeszcze ten czekoladowy płyn, który polecił mi Toshiro...mógłbym tak całe życie.
Po 2 godzinach wyczołgałem się z łazienki. Postanowiłem napisać e-mail'a do Toshiro , w którym opowiem mu całą historię. W końcu musiałem komuś się wyżalić. Rodzicom....nieeeee.....nie miałem ochoty im tego mówić. Najlepszą osobą wydał mi się właśnie zielonooki. Usiadłem na kremowej, skórzanej kanapie stojącej w salonie, wziąłem laptopa na kolana i zacząłem pisać:
Ohayo!
Przepraszam, że zwracam się z tym do Ciebie ale wydaje mi się, że to właśnie ty jesteś najlepszą osobą, której mógłbym się zwieżyć. Jeżeli nie chcesz czytać moich wypocin, po porstu skończ tutaj. Natomiast jeżeli chciałbyś mi jakoś pomóc będę Ci ogromnie wdzięczny.
A więc...
Jest mi tak okropnie źle, smutno. Nie mam ochoty już żyć. Matka z ojcem jak zwykle pracują. Nie widuję ich praktycznie wcale. Siedzę sam w tym wielkim domu. Dzsiaj wybrałem się na spacer... W nocy. Wiem, że to było głupie, ale po prostu chciałem oderwać się od szarej rzeczywistości. Niesety zgubiłem się.. Wiem, że to śmieszne, bo przecież znam moje okolice bardzo dobrze, ale to prawda. Zgubiłem się. Znalazłem się w jakimś okręgu, w środku lasu. Później znalazłem kotka...Takiego malutkiego, ślicznego kotka. Niestety czegoś się wystraszył....a raczej kogoś. Zacząłem uciekać, przed jakimś okropnym facetem. Gonił mnie do samego domu. Udało mi się wyrwać z jego 'szponów', że tak napiszę, ale wciąż martwię się, że on może wrócić. Wiem, nie jestem malutki, ale to było straszne przeżycie. Chciałbym wrócić do Tokio. Zamieszkać gdzieś niedaleko Ciebie... Ja tu już wariuję Toshiro....
Eiji
czwartek, 5 lipca 2012
Rozdział III
Narracja pierwszoosobowa. (Toshiro)
***
Oglądanie upłynęło nam szybko. Film był świetny a towarzystwo jeszcze lepsze. Nawet nie wiedziałem, że tak bardzo polubię Eiji'ego. Zważając, że przecież kiedyś nienawidziliśmy się z całego serca.
Po napisach końcowych udaliśmy się do łazienki znajdującej się w moim pokoju. Koniecznie chciałem wypróbować patent na jego fryzurę.
- No dobra Toshiro, czas poddać Cię wspaniałemu zabiegowi - zaśmiał się głośno. Moje obawy znów powróciły. A jeśli on mi zniszczy czuprynę? No błagam...
- E...Eiji? Nic im nie zrobisz prawda? - spojrzałem błagającym wzrokiem, wskazując palcem na mokre już włosy.
- No co ty? Oszalałeś? Oczywiście, że zrobię. - zamarłem - Przecież chcesz je odregenerować, co nie? - bicie serca powróciło.
- Tak..., dobra rób to już - powiedziałem spuszczając głowę , a w duszy błagając o litość.
Chłopak co chwila wyjmował z torby jakieś specyfiki. Było ich mnóstwo. Nagle podnósł moją głowę. Spojrzałem mu głęboko w oczy. Dostrzegłem w nich jakby smutek, połączony ze szczęściem i skupieniem...
Przecież to jest niemożliwe...
Z rozmyśleń wyrwał mnie zimny podmuch suszarki.
- Jeśli będziesz suszył gorącym powietrzem, twoje włosy będą suche, a przecież tego nie chcemy. - wyszczerzył się.
Rany jakie on ma białe zęby...o, o czym ty myślisz idioto?
Uderzyłem się otwartą dłonią w czoło. Na mój ruch Eiji zaśmiał się cicho. Pewnie pomyślał, że dotyczyło to jego wypowiedzi.
- No dobra. Koniec. Teraz ułożymy. - zaczął po kolei opisywać kroki.
- Gotowe! - krzyknął kiedy zaczynałem przysypiać.
- J..Już? - zapytałem ziewając i przecierając oczy.
- No! Ja tu się produkuję, a ty bez cienia krępacji sobie zasypiasz? - zaczął się wydzierać.
- E..e...przepraszam - schyliłem głowę. Było mi głupio. W końcu on robił to wszystko dla mnie. Nie moja wina, że kiedy ktoś bawi się moimi włosami, czuję się taki odprężony...
- O. okej Toshiro, to był taki żart! - chłopak przestraszył się mojej reakcji.
- Okjee! - krzyknąłem, przewróciłem chłopaka na podłogę i zacząłem go łaskotać.
- Ej! Przestań! Błagam! - darł się w niebo głosy.
- Okey okey. Wystarczy. - uśmiechnąłem się przyjaźnie. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Nagle usłyszęliśmy krzyki na dole.
- Rodzice. - powiedzieliśmy jednocześnie.
- Eiji! Eiji! Eiji! Dziecko! Szybko, błagam Cię szybko. Musimy jechać. Tata został wezwany do pracy. Musi być tam już jutro rano. Wiesz jak to daleko. Musimy zdążyć. - ciocia zaczęła tłumaczyć kiedy wpadła do pokoju nawet nie pukając.
- D..Ddobrze mamo. Już się pakuję. - na twarzy Eiji'ego natychmiastowo wystąpił smutek.
15 minut później...
- Dowidzenia Toshiro. Żegnaj. Mam nadzieję, że dane nam będzie jeszcze się kiedyś spotkać. Załuję, że nasz pobyt tu był taki krótki. Miałem nadzieję, że rodzice zgodzą się zostać u Ciebie dwa tygodnie. Chciałem dzisiaj z nimi o tym porozmawiać, ale jak widzisz, nie dane nam było spędzić ze sobą nawet dwóch dni. - Eiji ciągnął swoją przemowę.
- Przyjedź do nas pociągiem. Na całe wakacje. Liczę, że twoi rodzice się zgodzą. Muszą. - pocieszyłęm go.
- Porozmawiam z nimi, a tym czasem dziękuję za gościnę. - uśmiechnął się smutno.
- Nie ma za co. - odwzajemniłem ten jakże nietypowy wyraz twarzy.
- Choć słonko! - ponagliła go ciocia.
- Oczywiście. - odpowiedział i po chwili siedział już w granatowym samochodzie. Kiedy odjeżdzali miał uchylone okno. Pomachał mi na pożegnanie, a po jego policzku spłynęła duża, słona łza....
***
Oglądanie upłynęło nam szybko. Film był świetny a towarzystwo jeszcze lepsze. Nawet nie wiedziałem, że tak bardzo polubię Eiji'ego. Zważając, że przecież kiedyś nienawidziliśmy się z całego serca.
Po napisach końcowych udaliśmy się do łazienki znajdującej się w moim pokoju. Koniecznie chciałem wypróbować patent na jego fryzurę.
- No dobra Toshiro, czas poddać Cię wspaniałemu zabiegowi - zaśmiał się głośno. Moje obawy znów powróciły. A jeśli on mi zniszczy czuprynę? No błagam...
- E...Eiji? Nic im nie zrobisz prawda? - spojrzałem błagającym wzrokiem, wskazując palcem na mokre już włosy.
- No co ty? Oszalałeś? Oczywiście, że zrobię. - zamarłem - Przecież chcesz je odregenerować, co nie? - bicie serca powróciło.
- Tak..., dobra rób to już - powiedziałem spuszczając głowę , a w duszy błagając o litość.
Chłopak co chwila wyjmował z torby jakieś specyfiki. Było ich mnóstwo. Nagle podnósł moją głowę. Spojrzałem mu głęboko w oczy. Dostrzegłem w nich jakby smutek, połączony ze szczęściem i skupieniem...
Przecież to jest niemożliwe...
Z rozmyśleń wyrwał mnie zimny podmuch suszarki.
- Jeśli będziesz suszył gorącym powietrzem, twoje włosy będą suche, a przecież tego nie chcemy. - wyszczerzył się.
Rany jakie on ma białe zęby...o, o czym ty myślisz idioto?
Uderzyłem się otwartą dłonią w czoło. Na mój ruch Eiji zaśmiał się cicho. Pewnie pomyślał, że dotyczyło to jego wypowiedzi.
- No dobra. Koniec. Teraz ułożymy. - zaczął po kolei opisywać kroki.
- Gotowe! - krzyknął kiedy zaczynałem przysypiać.
- J..Już? - zapytałem ziewając i przecierając oczy.
- No! Ja tu się produkuję, a ty bez cienia krępacji sobie zasypiasz? - zaczął się wydzierać.
- E..e...przepraszam - schyliłem głowę. Było mi głupio. W końcu on robił to wszystko dla mnie. Nie moja wina, że kiedy ktoś bawi się moimi włosami, czuję się taki odprężony...
- O. okej Toshiro, to był taki żart! - chłopak przestraszył się mojej reakcji.
- Okjee! - krzyknąłem, przewróciłem chłopaka na podłogę i zacząłem go łaskotać.
- Ej! Przestań! Błagam! - darł się w niebo głosy.
- Okey okey. Wystarczy. - uśmiechnąłem się przyjaźnie. Oboje wybuchnęliśmy śmiechem.
Nagle usłyszęliśmy krzyki na dole.
- Rodzice. - powiedzieliśmy jednocześnie.
- Eiji! Eiji! Eiji! Dziecko! Szybko, błagam Cię szybko. Musimy jechać. Tata został wezwany do pracy. Musi być tam już jutro rano. Wiesz jak to daleko. Musimy zdążyć. - ciocia zaczęła tłumaczyć kiedy wpadła do pokoju nawet nie pukając.
- D..Ddobrze mamo. Już się pakuję. - na twarzy Eiji'ego natychmiastowo wystąpił smutek.
15 minut później...
- Dowidzenia Toshiro. Żegnaj. Mam nadzieję, że dane nam będzie jeszcze się kiedyś spotkać. Załuję, że nasz pobyt tu był taki krótki. Miałem nadzieję, że rodzice zgodzą się zostać u Ciebie dwa tygodnie. Chciałem dzisiaj z nimi o tym porozmawiać, ale jak widzisz, nie dane nam było spędzić ze sobą nawet dwóch dni. - Eiji ciągnął swoją przemowę.
- Przyjedź do nas pociągiem. Na całe wakacje. Liczę, że twoi rodzice się zgodzą. Muszą. - pocieszyłęm go.
- Porozmawiam z nimi, a tym czasem dziękuję za gościnę. - uśmiechnął się smutno.
- Nie ma za co. - odwzajemniłem ten jakże nietypowy wyraz twarzy.
- Choć słonko! - ponagliła go ciocia.
- Oczywiście. - odpowiedział i po chwili siedział już w granatowym samochodzie. Kiedy odjeżdzali miał uchylone okno. Pomachał mi na pożegnanie, a po jego policzku spłynęła duża, słona łza....
Subskrybuj:
Posty (Atom)